Z pamiętnika weganki: No bez jaj!

Święta trwają w najlepsze, a wszystko dookoła nabrało kształtu jaja. Wszędzie. Może w reklamach bezpośrednio o kurze jaja ciężko, ale z czekolady czy plastiku, jak najbardziej. No i jak święta, to jajo w subtelnej wersji majonezu, zaraz obok reklam leków na przeziębienie i chwilowych kredytów. Majonez generalnie nie może pojawić się bez ugotowanego jajka, więc zawsze gdzieś w sałatce się ukryje, ale jest raczej bohaterem drugiego planu. Często mnie zastanawia, jak to jest czy food styliści w takich sytuacjach używają zerówek, czy może właśnie łamią etyczne prawa i na drugim planie podziwiamy wyklętą trójkę. Ciężko mi powiedzieć czy ludzie przestali używać jaj z chowu klatkowego albo czy zwracają większą uwagę na cyferkę na skorupce bohatera tego tekstu . Wyszłam z obiegu. Ale jedno jest pewne, wśród wegetarian kupowanie trójek to etyczna i moralna zbrodnia. Ostatnio nawet Robert M. zabrał głos w tej sprawie i porwał miliony roślinnych serc swoją heroiczną postawą.

Eggless invaders

Pomimo jajecznej inwazji Wielkanoc w wersji roślinnej da się przeżyć. Ja ją przeżywam głównie dlatego, że postawiłam na minimalizm. Wszystko z tej przyczyny, że moja rodzina nie jada moich wynalazków, bo się ich boi. Wiecie, już same produkty mają dziwne nazwy i odstraszają swoim oksymoronicznym brzmieniem . Płatki drożdżowe? O fuj, surowe na pewno urosną w brzuchu! Czarna sól? Majonez na mleku sojowym? Jajeczna pasta z tofu? Pasztet z selera fingujący pieczeń z królika? Opanuj się dziewczyno! Poza tym, w pewne święta chciałam podejść ambitnie do tematu, tylko moja ambicja wylądowała w muszli klozetowej wraz z niezastygniętym agarem, który miał skomponować się z resztą składników w pyszne „zimne nóżki” na wegańsko. Od tej pory zadowalam się zakwaszanym barszczem i ziemniakami z bukietem surówek. Najłatwiejszy kompromis z możliwych. Pozostaje jeszcze wyjechać i nie obchodzić świąt.

Kiedy obserwuję przedświąteczne oferty knajp czy warsztatów kulinarnych mam wrażenie, że gusta się zmieniły, a wśród wegańskich opcji mamy do czynienia z sympatycznym misz-maszem. Niby Wielkanoc, ale jednak trochę wspomnień czar z Bożego Narodzenia w postaci pierogów, niby bardziej na bogato, ale końcem końców nie wiadomo co. Fakt, Wielkanoc u wegan nie jest tak dobrze skategoryzowana, jak grudniowy festiwal barszczy, pierogów, pasztecików czy grochu z kapustą. Z drugiej strony przez połowę swojego życia myślałam, że Wielkanoc to synonim jajka, białego barszczu na wędzonce i równie białej kiełbasy oraz sernika. Tymczasem wszystko to odeszło w zapomnienie. Nie tęsknie. Dlatego na świątecznym stole ma prawo pojawić się w zasadzie wszystko – dowolność i chaos.

365 dni postu

Dość ciekawe jest zagadnienie przedświątecznego postu. Nie znam zbyt wiele osób, które by stosowały się świadomie do tej formy narzuconej przez religijną obrzędowość. Ale może dlatego, że większość moich znajomych, w tym ja, w opozycji do tradycyjnego modelu żywienia, jakby nie było pościmy cały rok. Ewentualnie można sobie odmówić słodyczy na te czterdzieści dni, choć to prawdopodobnie dla wielu najtrudniejsza życiowa decyzja. Ale są też tacy, którzy bardzo radykalnie podchodzą do przedświątecznych przygotowań i stosują post Daniela, znany także jako warzywno-owocowa dieta dr Dąbrowskiej. Imię męskie wskazuje na Biblijne koneksje, tytuł doktor natomiast na medyczne aspekty postu. Jest to pewnego rodzaju wskazówka, że Wielkanoc może być dla nas bramą, swoistym rite de passage przed nadchodzącą wielkimi krokami wiosną. Mój wegański pasztet

Sposób żywienia w zbliżającym się okresie niewątpliwie się zmienia, dlatego warto pozbyć się ciężkich i tłustych wspomnień po zimowych potrawach. W końcu aktywny foodie, to zdrowy foodie. Tym bardziej, że pierwsze, nie pędzone sztucznie nowalijki pojawią się raczej po świętach, a Wielkanoc to tylko preludium dla targowisk i lokalnych zieleniaków, usłanych młodziutkimi warzywami.

Były jednak w moim życiu takie momenty, gdzie na czole pojawił się Wielkanocny znak zapytania. Pierwszy raz zdarzyło się to na Ukrainie, kiedy szczęśliwa upolowałam wiaderko majonezu roślinnego za piątaka. Późniejsze powroty w podobnym terminie potwierdzały, że coś jest na rzeczy. Zwłaszcza, że zakupiony towar okraszony był napisem posnyj. Potem w Rumuni, w której choć spotkałam rzeczonego barana bez odzienia, to nikt z gospodarzy przed Wielką niedzielą nie miał zamiaru piec kiełbasy, choć ogniska paliliśmy codziennie. Dodatkowo zostaliśmy hojnie obdarowani przez mieszkańców monastyru wiktuałami, które ku naszemu zdziwieniu w większości były wegańskie. Wyobrażacie sobie? Tu święta, wielka feta, w Polsce tydzień wcześniej stoły u Kowalskich uginały się od karkówek i pieczonych kaczek, a my zajadaliśmy się tradycyjnym pasztetem grzybowym i kotletami z kapusty. Wpływy prawosławia na sposób odżywiania przed i w trakcie świąt zdecydowanie przypadły nam do gustu.

Nie ma znaczenia jaką formę odżywiania w trakcie postu, Wielkiego Tygodnia i samych świąt przyjmiemy. Czy będziemy omijać łakocie szerokim łukiem, czy wybierzemy głodówkę warzywno-owocową, która wywinduje nas w kosmos własnego umysłu, czy na stole pojawią się imitacje lub oryginały mięsno-jajecznych potraw czy jedynie ziemniaki i surówki, to grunt by było smacznie. A jeżeli zaliczacie się do grupy obchodzącej święta bezjajecznie i używacie czarnej soli to najważniejsze, by nie użyć jej zbyt dużo, inaczej wasze mieszkania będą pachniały symbolem Wielkanocy jeszcze przez jakiś tydzień.