Z pamiętnika weganki: Tydzień weganizmu

Nadchodzi ten dzień wielkimi krokami. A właściwie nie dzień, tylko cały tydzień. Przyznaję się bez bicia – obchodziłam go tylko raz. Więcej nie pamiętam. Aczkolwiek patrząc na program tegoroczny, aż żal, że znów obejdę się smakiem, będąc w podróży.

Taki los. A tydzień weganizmu, bo o nim mowa, odbędzie się po raz siódmy, w wielu miastach, gdzie w większości będzie polegał na kolportowaniu bibuł, ekhem, ulotek zachęcających do weganizmu. No i właśnie. Tu mi się coś przestało zgadzać. Jak to siódma edycja?! Przecież pamiętam kwiecień pod znakiem masochistycznego katowania się w kinie na filmie o okrutnych, hodowlanych praktykach, ale to było 10 lat temu! Cóż, wychodzi na to, że czasy się zmieniły. Świat stał się milszy dla wegetarian niczym welwetowy szal, więc w natarciu przyszli weganie i przemianowali ten wyjątkowy, kwietniowy tydzień na wegański. Trzeba przyznać, że od czasu mojego pierwszego i zarazem ostatniego świętowania tygodnia weganizmu/wegetarianizmu sporo się zmieniło. Niektóre miasta skupią się nawet na aspekcie kulinarnym lub jak kto woli blogersko-kulinarnym.

vegan

Bogactwo smaków roślinnych jest ogromne.

Historia małego mordercy

Zostańmy przy wege kinematografii. Nigdy nie rozumiałam zasadności filmów, jako przewodniego medium nawracającego ze złej, mięsożernej ścieżki. Żaden taki film mnie nie przekabacił na zieloną stronę mocy ani nie na niej nie utrzymał. A wszystko dlatego, że za młodu byłam małym mordercą, a precyzyjniej ujmując– oddanym sługą tych większych morderców. Jako kilkuletnia dziewczynka wakacje spędzałam na wsi i wsiąkałam w jej klimat z każdym rokiem coraz bardziej. Nadal boję się robaków, zwłaszcza tych najbardziej oślizgłych, ale znam osoby urodzone i wychowane w tej samej wiosce, które do tej pory panicznie boją się hasających przy rowach kur i na ich widok biją rekordy olimpijskie w sprincie.

Wieś mojego dzieciństwa nie znała litości ani delikatności. Jako dziecko uczestniczyłam w pracach gospodarskich podobnie jak dorośli, na miarę dziecięcych możliwości. Ale to była frajda. I to jaka! Przewalanie zboża z przyczepy do spichrzu na poddaszu było przednią zabawą, zwłaszcza w towarzystwie innych dzieci. Za każdym razem, kiedy stawałam po kolana w zbożu, magicznie zapominałam, co będzie się działo potem i że to potem ledwo zniosę. Skóra po sesyjce na przyczepie pełnej owoców żniw swędziała okropnie, a kontakt z wodą pogłębiał tę agonię. Ale nie samą trawą człowiek żyje i rytm życia na wsi wyznaczały także świniobicia i weekendowe festiwale kur bez głów. Ze świniobicia pamiętam jedynie listę przypraw, jakie powinny się znaleźć w białej kiełbasie – rzeźnik podawał mi przepis. Myślał pewnie, że jako dzieciak nie zapamiętam. Pamiętam do dziś. Natomiast z sobotniego zabijania kur przypominam sobie biegające korpusy, odcięte głowy i ich mrugające oczy, czyszczenie żołądków z ziaren, obieranie drobiu z piór i zapach opalanego nad denaturatowym płomieniem ciał. Dzień, jak co dzień, robota, jak robota. Przy okazji poznałam anatomię kury i przy wyciąganych wnętrznościach mogłam z autopsji dowiedzieć się jak powstaje jajko. Ale było tez miejsce na empatię. Czasem z transzy małych kurczaków do hodowli brało się jednego, żeby móc się nim opiekować, nadać mu imię. Niestety kilka razy zakończyło się to moją sromotną klęską i pełnym kocim żołądkiem. Niemniej zwierzętom zwykle nie nadawało się imion. Będąc już nastolatką dziwiłam się, że ktoś mówił Maciek do prosiaka, którego za kilka tygodni odwiedzi znajomy rzeźnik. Z drugiej strony jednak w jakiś sposób byłam połączona z tą trzodą chlewną, bo często jadaliśmy to samo. Ktoś zna parowane ziemniaki? W wielkim garze, w którym mieściłam się bez problemu w wieku pięciu lat, gotowało się ziemniaczane obierki i ziemniaki w rozmiarze xs, których nikomu nie chciało się obierać. Danie pierwsza klasa. Do tej pory pamiętam ten smak i za nim tęsknię. Dzieciaki podbierały ziemniaki z parownika, świnie natomiast jadły ten uniwersalny przysmak wraz z paszą. To było normalne, żyć w pewnej zależności ze zwierzętami – karmić je, czasem im podjadać, a na końcu po prostu zjadać je na niedzielny obiad.

vegan3

Pizza też może być wegańska!

Ta ostatnia niedziela

Jeżeli mnie zapytacie czy mam w pamięci jakiś mięsny smak, to odpowiem, że tak. Nawet dwa takie. Jeden to królik w wykonaniu mojej babci, drugi to kotlety mielone ze świeżo zabitej świni z naszej hodowli (prawdopodobnie tej, do której ktoś zwracał się per Maciek). Jedno i drugie danie zostało zjedzone jakoś niedługo przed wejściem na roślinną ścieżkę. Królik był moim pierwszym takim daniem i jak na razie ostatnim, dlatego je zapamiętałam, bo było zupełnie czymś innym w smaku i strukturze niż to, co do tej pory jadłam. Mielone natomiast tkwi mi w pamięci, bo chyba w jakimś sensie upewniło mnie, że nie chcę jeść już tak jeść. A to wszystko właśnie przez smak mięsa, ze świeżo ubitej świni, który jest trudny do porównania z czymkolwiek, a na pewno nieporównywalny w żaden sposób ze sklepowym mięsem, nawet tym spod znaku eko. Świeże to znaczy, zjedzone na drugi dzień po ubiciu. Mielony był bardzo delikatny, wręcz puszysty i soczysty i miałam wrażenie, że tam jeszcze wszystko pulsuje. Był wyjątkowo smaczny, a jednak miałam problem, żeby go zjeść, choć nie należę do osób, które łatwo obrzydzić, a na pewno nie w takiej kwestii. W końcu jedynym daniem, którego nie mogłam przełknąć to była czarna polewka. Kuszenie frytkami na deser w zamian za zjedzenie miski tego specjału nie pomagało. Wszystkie inne, dla niektórych obrzydliwe opcje, wchodziły w grę jak najbardziej. Poza tym potrafiłam wstać od spożywania rosołu i obserwować chwilę z ciekawości jak w oborze sarna podarowana przez sąsiada zostaje odzierana ze skóry, po czym wrócić do spokojnego konsumowania zupy. Więc widzicie, nic z tych rzeczy. Chyba włączył mi się jakiś wewnętrzny imperatyw, który po kilku miesiącach zaowocował TĄ decyzją. I tak już pozostało. Tak po prostu chciałam.

Ludzie często pytają, dlaczego? Bo etyka? Bo zasady? Bo zdrowie? Z początku miałam przygotowaną odpowiedź idealną, żeby interlokutorzy się odczepili i tyle o ile zrozumieli, o co mi chodzi. Teraz mam jedyną i słuszną: tak po prostu czułam, bez partykularnego powodu. Oczywiście, kwestie etyczne czy zdrowotne są tu bardzo ważne, a dla mnie w szczególności, bo właśnie dlatego, że wiem, jak wygląda hodowla i ubój zwierząt w pojedynczym, małym gospodarstwie, wiem także jak on nie ma prawa wyglądać w wielkich hodowlach przemysłowych. Dlatego, gdyby ktoś mnie mi powiedział, że nie wiem, co tracę, zaśmiałabym się. Bo doskonale wiem, co straciłam i co zyskuję. Jednocześnie spojrzałabym z politowaniem na takiego pytającego Janusza o wadze 120 kg (bo tacy zazwyczaj drążą bezcelowo temat), który jedyne co zna, to karkówkę z dyskontu na śniadanie, obiad i kolację. To ty, Januszu, nie wiesz co straciłeś, żywiąc się w supermarketach ze styropianowych tacek, a nie na wsi.

Amerykańscy naukowcy odkryli, że…

Po 10 latach bez mięsa zmieniła się także moja percepcja. W zeszłym roku oglądając kuchnię+ i jakiś standardowy program kulinarny złapałam się na tym, że na desce do krojenia nie widzę macanej przez prezentera łopatki, a kawałek zwierzęcia. To odkrycie mnie zszokowało, bo nigdy nie indoktrynowałam samej siebie w taką stronę. To stało się samo i tak już pozostało, choć się nad tym nie roztkliwiam. Jest i już.

Powodów do przejścia na wegetarianizm czy weganizm jest wiele i każdy może sobie w nich przebierać, jak w ulęgałkach. Powodów by jeść mięso też pewnie się kilka znajdzie, nawet jeśli ich za bardzo nie rozumiem. Oczywiście, te dwie opcje się ze sobą ciągle ścierają i końca tej małej wojenki raczej nie widać. Weganie dzielnie wykazują, że ograniczenie spożycia mięsa zmniejszy gazy cieplarniane czy zużycie wody, zapewni wyżywienie całej planety, a nie tylko państw rozwiniętych, etc. Zaraz potem pojawiają się artykuły, które te argumenty obalają. Coraz częściej w mediach mówi się, że zbilansowana dieta roślinna może być jak najbardziej zdrowa i pełnowartościowa. Ale „amerykańscy naukowcy” krzyczą, że tylko spożywanie mięsa może nas uratować. Swoja drogą nie znalazłam rzetelnych badań na ten temat – urzetlenieniem takich rewelacji ma być jedynie mityczny byt wspomnianych naukowców. Do tego polska opinia publiczna jeszcze całkiem do niedawna nazywała weganizm monodietą, gdzie słowo „monodieta” w takim kontekście zawsze było wartościowane pejoratywnie. To się zmienia, bo czasem czuje się jednak bardziej jak hipsterka z dziesięcioletnim stażem, niż ktoś wykluczony z tytułu zawartości talerza.

baszta4

Podwórko Baszty przy Kraińskiego we Wrocławiu

Zatem w dniach 24-30 kwietnia warto zrobić sobie mały rozrachunek, niezależnie od tego czy jesz mięso czy wyłącznie rośliny. To może być naprawdę fajny czas na refleksję, w końcu, to tyko raz w roku. A nuż widelec komuś ten kwietniowy tydzień posłuży jako 7 dni próby na diecie bezmięsnej. Z własnego doświadczenia wiem, ze nie musisz się przekonywać lub utwierdzać w fakcie, że mięso jest złe albo nie jest dla Ciebie. Możesz po prostu chcieć być roślinożercą, choćby przez kilka dni. Ot, co.