Nie bójcie się
zejść pod ziemię

Od momentu kiedy wprowadziłem się do Gdańska minęło już prawie 6 lat. W tym czasie dziesiątki, jak nie setki razy włóczyłem się po okolicach ulicy Korzennej. Wszyscy mamy na sumieniu czekanie w długiej kolejce po pierogi w Mandu albo gastronomiczno-moralny upadek i nocną wycieczkę do Surfburgera przy Garncarskiej. Jednak mało kto w tym rejonie patrzy pod nogi. Zazwyczaj są to biegi na uczelnię studentów ASP albo do pracy wszystkich ludzi pracujących nad Motławą. Zdecydowanie nie doceniamy więc tego co kryje się pod naszymi ścieżkami, bowiem przy Korzennej 33/35 kryje się jedno z miejsc, które mnie ostatnimi czasy oczarowało – Rada Miasta Food & Wine. Głupio mi wręcz mówić, że przy tylu kilometrach zrobionych po ulicach Gdańska i najróżniejszych restauracjach na kulinarnym szlaku dopiero po 2 latach od otwarcia trafiłem w podziemia dzisiejszego Ratusza. W piwniczkach, w których sam Jan Heweliusz ponad 400 lat temu przechowywał swoje najlepsze zapasy wina i piwa pierwotnie miała znajdować się klasyczna winiarnia, jednak trójka założycieli – Bartek, Ania i Maurycy zdecydowali o rozszerzeniu konceptu również o kuchnią z pełnego zdarzenia. I chwała im za to.

Zacznijmy jednak od wnętrza…
Piwnice zazwyczaj nie kojarzą się z ciepłem i przytulną atmosferą. Połączenie przyjemnego dla oka drewna, ceglanych ścian opartych na architektonicznej spuściźnie poprzednich epok i współczesnych form mebli nie tylko odczarowuje mit podziemnych lokali, ale nie zmusza też Gości to działania w konwencji restauracji. Czuć tu aprobatę do swobody w zachowaniu, odrzucenie zasad dress-code’u, wszyscy mamy czuć się dobrze. Bez znaczenia czy na co dzień chodzimy w szpilkach i krawatach czy dresie i adidasach. Na każdym kroku podkreśla się jednak, że podstawą koncepcji miejsca była winiarnia – stąd wszystkie ściany otaczają setki butelek win z całego świata, które można zabrać również ze sobą do domu (jest ich tam ponad 370!).
Można tylko zapytać czego chcieć więcej na jesienne wyjście z przyjaciółmi? Niczego! To właśnie jedno z tych miejsc w których poczujecie się dokładnie tak jakby ugościł Was przyszły najlepszy przyjaciel. 400-letni przyjaciel. ;)

fot. fanpage restauracji Rada Miasta

… później kuchnia…
W karcie czeka na nas europejskiej kuchni przywiezionej z podróży założycieli, która wchodzi w subtelny romans z polskim stołem. Możemy więc spróbować takich rzeczy jak carpaccio w wersji z awokado i owocami granatu i foie gras z jabłkiem i gruszką na maślanej brioszce, a z drugiej strony zjemy tu wybornego soczystego burgera wołowego i klasyczną pomidorową z ryżem i koperkiem. Powrót do prostych smaków lat dzieciństwa. Dominuje jednak kuchnia mięsna i rybna, co nikogo dziwić nie powinno – to najczęstsi towarzysze win. Na nasze testy zdecydowaliśmy się na menu festiwalu Restaurant Week, które pokazało nam przekrój umiejętności szefa kuchni. Na naszych talerzach wylądowały więc marynowane opieńki z oliwą ziołową i chipsem z boczku oraz jarmużu, kolejno jako dania główne zaserwowano stek wołowy bavette z truflowym puree i chutneyem śliwkowym oraz grillowany stek z kalafiora z gnocchi i blanszowanym szpinakiem oraz jako creme de la creme całej uczty – dyniowe brulee.
Porcje Marynowane opieńki słodkie w smaku idealnie zrównoważone przez oliwę z bardzo silną ziołową nutą. W przypadku dań głównych porcje były aż nadto (pamiętajmy, że 3 danie festiwalowe kosztowały tylko 49 zł!). Soczysta, lekko krwista bavette i chrupki kalafior to dwie strony medalu, które pokazały, że szef kuchni jest wszechstronnie uzdolniony. Swój pokaz zakończył natomiast deserem – dyniowym creme brulee podanym w małej pieczonej dyni. Słodkie niebo.

fot. fanpage restauracji Rada Miasta

… i wino.
Oczywiście jak na winiarnię przystało – do każdego z dań można poprosić o dopasowanie odpowiedniego wina. Młoda, acz bardzo dobrze wyszkolona obsługa zadba o to, żeby niczego nam nie zabrakło. To też punkt nad którym muszę się pochylić bardziej – często w lokalach, które odwiedzamy ze znajomymi, obsługa stara się aż za bardzo. Pozwólcie jednak mi wytłumaczyć. Ile razy zdarzyło się Wam, aby kelner podszedł i zapytał czy wszystko nam smakuje, kiedy właśnie wkładamy do ust kolejny kęs? No właśnie… ;)
Nie mieliśmy tutaj tego problemu – młoda kelnerka musiała nas pewnie bacznie obserwować, jednak zjawiała się dokładnie wtedy kiedy było to potrzebne – kończyła się woda, potrzebowaliśmy dodatkowych sztućców. Wszystko w punkt.

Jedyną więc radę jaką mogę Wam w tej chwili dać to odwiedzić Radę Miasta. ;)