Zjedliśmy Gdańsk! 48 godzin w mieście Neptuna

Już dawno mieliśmy chętkę, by wgryźć się w Trójmiejską gastronomię. Od jakiegoś czasu nasze redakcja hula tutaj bardzo fajnie, a tematy dla nich się nie kończą. Aga wybierała się na finał działań Urban Farmę na Stoczni Gdańskiej, o której pisaliśmy tutaj, Karolina chciała być na bieżąco z letnimi kartami tutejszych koktajlbarów, a Ania wypróbować możliwości nowego aparatu. Stwierdziłyśmy, że do dobry czas i miejsce na kolejny redakcyjny zjazd! Przy okazji jak zawsze zrobiłyśmy research smacznych miejscówek, z relacją z których Was teraz zostawiamy.

Agnieszka Szydziak (Wrocław): Zanim to wszystko, przejrzałyśmy ofertę trójmiejskich hoteli i jak to my – wybrałyśmy hotel przez pryzmat restauracji. Po naszych pozytywnych wrażeniach wyniesionych z wrocławskiej Questy i krakowskiej Quality, zdecydowałyśmy się na pobyt w sieci Q Hotel, a dokładnie w Grand Cru Gdańsk. Nie zawiodłyśmy się – hotel położony jest na starym mieście, dlatego do wielu kulinarnych miejsc, które sobie upatrzyłyśmy, mogłyśmy spacerować. Restauracja hotelowa oddalona od naszego pokoju o trzy piętra niżej – zawsze do dyspozycji. W niej spędzałyśmy slow śniadania opracowując plan działań na cały dzień. Spróbowałyśmy też dań z ich aktualnej karty, o czym później. Room service wspierał nas dostarczanymi do pokoju deserami, a kiedy chciałyśmy się zrelaksować i nie było już mowy o jedzeniu, korzystałyśmy z działającej tutaj 24 h na dobę sauny.

Wielkim plusem Q Hotel Grand Cru Gdańsk jest położenie w sąsiedztwie jednej z najlepszych lodziarni w Gdańsku – mowa o Misiu. To tutaj po przykładnym hotelowym śniadaniu wpadałyśmy codziennie, by oficjalnie otwierać każdy kolejny dzień naszego kulinarnego zwiedzania Trójmiasta. Lody z Misia o 10:00 rano to nie grzech – są tak dobre, że poczucie winy po takowych procederach nie występuje. Skuście się na te kilka dostępnych smaków wytwarzanych według tradycyjnej receptury z 1962 roku. Po wejściu do tej retro lodziarni powala zapach jajek.  W naszym rankingu ulubionych smaków wygrał tzw. smak niespodzianka (zmieniający się każdego dnia): maślanka z rokitnikiem! Kolejne w klasyfikacji jest karmelowy, a potem sorbet cytrynowy i wszystkie polskie, sezonowe owoce. Uwaga! Pod Misiem stoi się czasem w gigantycznej kolejce.

DSC00018 kopia

Lody z misia odwołują się do wspomnień- zapach jajek, klasyczny wafelek i krągłe gałki przywołują dzieciństwo.

DSC00125 kopia

Ekipa lodziarni Miś na czele z właścicielem- opowiedzieli nam kilka historii o kręceniu lodów!

Po tym małym, słodkim wstępie czas na coś bardziej konkretnego. Rozkręcałyśmy się powoli, dlatego swoje kolejne kroki skierowałyśmy w stronę comfort food’u. Wszyscy lokalsi zapytani o to, gdzie je się w Gdańsku, odpowiadali zgodnie: „idźcie do Oliwy do Ognia!”. Kumpelska miejscóweczka, bez hipsterskiego fiu bździu. Przestrzeń wygląda trochę, jakby czas się tutaj zatrzymał. Ale przecież nie to jest najważniejsze – liczy się smak! Centralnym punktem Oliwy do Ognia jest szamotowy piec opalany drewnem, w którym wypieka się cienkie, choć sprężyste, nieco przaśne pizze. Występują one codziennie w odsłonach około dziesięciu. W niektórych widać, że właściciele idą z polskimi gustami na kompromisy (dodając np. ananasa), ale w większości radykalnie serwują jakościowe włoskie dodatki. Będąc tutaj nie możecie odpuścić pozycji Di Tartuffa, gdzie przyjemność zamknięta jest w połączeniu słodkiego mascarpone, głębokiej pasty z czarnych trufli i ostrego salami. Ceny zupełnie niegdańskie. Czas oczekiwania zależny od długości kolejki, nam udało się dostać pizze w niecałe 10 min, ale czasami goście zostawiają tutaj swój numer telefonu, by wrócić i odebrać placek po wcześniejszym telefonie pizzaiolo, że zbliża się ich kolej. Zapewniamy, Wasza cierpliwość zostanie wynagrodzona!

DSC00136 kopia

Oliwa zawsze wypływa na wierzch!

DSC00149 kopia

Po lewej z truflami a po prawej klasyczna margharita- obydwie miały w sobie to „coś”

Karolina Maria Milczanowska (Kraków): Dalej wybrałyśmy się już poza centrum. Okazało się wszakże, że kulinarnym zagłębiem Gdańska została okrzyknięta dzielnica Wrzeszcz, w której to poprowadzone przez lokalsów, odkryłyśmy kilka cudownych miejsc. Akurat w trakcie tego wyjazdu rzutem na taśmę zdecydowałyśmy się na zwiedzanie osiedla Garnizon (rezygnując z Dolnego Wrzeszcza), w którym pełno małych knajpek i restauracji. Jak wiadomo dziewczyny uwielbiają słodycze, a tym bardziej my, dodatkowo zafascynowane ostatnimi wyczynami Polskich cukierników bez wahania zdecydowałyśmy się zawitać w UMAM, czyli znanej patisserie  prowadzonej przez Krzysztofa Ilnickiego. Wystawione w chłodniach monoporcje lśniły tęczą kolorów, szepcząc do nas “spróbujcie wszystkiego”. Prawie dałyśmy radę tego dokonać i tak oto na naszym stoliku wylądowała nowa odsłona nowojorskiego sernika, mus z limonki, mus z czekolady, czarnej porzeczki oraz herbaty matcha, sezonowa rabarbalotka, cudownie głęboki orzech laskowy, lekkie Paris – Brest, odświeżona wersja creme brulee i obłędnie słodka biala czekolada z rokitnikiem. Wszystkie desery zdobyły nas totalnie, chociaż to czarna półkula zwieńczona makaronikiem rozwinęła najwięcej smaków na naszym podniebieniu.

IMG_9489

Nasz faworyt czyli nieśmiertelne połączenie czekolady i porzeczki, podbite herbatą matcha

IMG_9496 kopia

Sernik nowojorski okazał się być dosyć wytrawny a nawet lekko słonawy

IMG_9507

Wybór był ciężki

DSC01003 kopia

Ale dlaczego wybierać? Przecież możemy zjeść wszystko!

Drzwi w drzwi z cukiernią sąsiaduje kolejne miejsce, w którym skrzętnie zrobiłyśmy rezerwację już kilka dni wcześniej. Przy wejściu do Eliksiru serdecznie przywitał nas manager lokalu, który wyczuł, że jesteśmy tam po raz pierwszy i od razu przekazał nas w ręce kelnerki. Trzeba przyznać, że poczułyśmy się traktowane jak stali i bardzo wartościowi goście lokalu. Eliksir został przez nas okrzyknięty przykład miejsca z perfekcyjnie dopracowanym hospitality. W tym czasie nasz stolik już czekał z przygotowaną butelką wody (świetna rzecz w tak gorący dzień) oraz kartami menu. W ich środku znalazłyśmy wiele ciekawych dań, które były wypisane w sąsiedztwie sparowanych smakowo koktajli. Bo Eliksir znany jest także z food pairingu! Nie omieszkałyśmy tego nie wykorzystać i już po chwili na naszym stole znalazły się kolejne dania oraz koktajle. Znany reżyser mówił, że najpierw powinno się zaczynać od trzęsienia ziemi, a później napięcie ma nieprzerwanie rosnąć. Tak też czułyśmy się tego wieczoru. Niesamowity amous bouche, który dostałyśmy od sous chefa lokalu Jonasza Jasińskiego, rozpalił nasze zmysły dzięki połączeniu cierpkiej pianki z grapefruita ze słodką truskawką. Do końca nie wiemy też, czy pierwsze skrzypce w naszym posiłku odegrały koktajle, czy jedzenie. Duże wrażenie zrobiła na nas kaszubska karta drinków ze swoimi fikuśnymi, regionalnymi nazwami, wykorzystująca takie produkty jak agrest, lubczyk czy maślana emulsja. Eliksir swoją kartę koktajli zmienia co miesiąc, a nam, dzięki uprzejmości ich barmana Mateusza Noweiskiego, udało się spróbować kilku smaków z tej nadchodzącej i mówimy Wam szczerze – petarda!

DSC00236 kopia

Prezent od szefa czyli mus z truskawek i pianka ze skórki grejpfruta

DSC00246 kopia

Pierwszą przystawką był pięknie podany śledź

IMG_9547 kopia

A kolejną boczek sous vide z grasicą

IMG_9573 kopia

Pięknie prezentował się także deser czyli włoskie semifredo

DSC00262 kopia

Danie główne i bardzo ciekawy food pairing- do wieprzowiny z grzybami polecono nam koktajl na bazie burbonu i agrestu z pianką z prażonego ryżu

DSC00269 kopia

Osoby, które pracują w Eliksirze, bardzo chętnie opowiadają o tym co i dlaczego tam robią. Na zdjęciu sous chef Jonasz Jasiński

DSC00321 kopia

Kaszuby to kraina utkana z morza i snów- zupełnie jak ten cudowny koktajl

DSC00370 kopia

Po smakach z procentem oprowadził nas czarujący Mateusz Noweiski

Tak jak śpiewała Cindy Lauper, dziewczyny po prostu chcą się bawić, dlatego też kolejne miejsca naszej wycieczki dalej pozostawały w tematyce kulinarno- alkoholowej. Nie pozwoliłyśmy sobie na spuszczenie z tonu i na kolejny przystanek naszej wycieczki wybrałyśmy bar, któremu niedawno stuknęła czterdziestka. Mowa oczywiście o Flisaku ‘76. Niektórzy tubylcy narzekają na zmiany, jakie zaszły w nim na przestrzeni ostatnich sezonów, jednakże my znalazłyśmy tam swoją niszę. Chłopcy za barem szybko uwinęli się z naszymi koktajlami opowiadając przy okazji wiele o zaletach używania bittersów i procesie produkcji tych domowych.

Po dwóch drinkach musiałyśmy jednak odpuścić, ponieważ czekał na nas jeszcze jeden koktajl bar. Jak mówią miejscowi – takie miejsce, do którego na fancy drinka idziesz w dresie. Na miejscówkę, w której miałyśmy zamiar napić się rozchodnego, został wybrany Pixel. Niezobowiązująca atmosfera tego lokalu, kilogramy prażonego popcornu i wspaniali barmani sprawili, że w ogóle nie chciało się nam od nich wychodzić. Dużą frajdę sprawiło nam także przekopanie się przez kartę drinków inspirowaną retro pamiętnikami z wakacji. Dobrą zajawką były również ogniska, które barmani rozpalili na barze i stołach innych – widzieliście kiedyś coś takiego?!

DSC00081 kopia

We Flisaku nie wiedziałyśmy na co się zdecydować

DSC00108 kopia

Na szczęście barmani wyszli nam na przeciw i przygotowali drinki degustacyjne

DSC00093 kopia

40 lat historii to musi być retro klimat!

DSC00979 kopia

A w Pixelu zabawa formą

DSC00973 kopia

Był także czas na prezenty z Krakowa

DSC00992 kopia

Ognisko na barze? Czemu nie!

Ania Szczotka (Warszawa): Po wyjściu z Piksela już wzywały nas wygodne, hotelowe łoża, po drodze jednak pojawiła się nieodparta pokusa – impreza! Nie zmieściła się w Coolturze, bo tak zwie się przybytek, rozlała się eklektycznym tłumem po całym chodniku. Punki, hipsterzy, turyści, fashionistki, lokalne dresiki i silikonowe damy, wszyscy i zgodnie w tych samych kolejkach do toalety, na tych samych wyślizganych, samochodowych fotelach, bujający się wspólnie na tym samym parkiecie do tak samo zróżnicowanych jak tłum setów. Pełna Coolturka!

Jest taka możliwość, iż wspomnienia imprez bawią tylko tych, którzy brali w nich udział, dlatego na tym zakończymy pierwszą część naszej opowieści o gdańskich kulinarnych wojażach. W kontakcie!

Wyobraźcie sobie, że opisane miejsca odwiedziłyśmy w zaledwie jedną dobę! Już za chwilkę druga część naszego przewodnika po Gdańsku!

W tym artykule: