Warszawski Sznyt
Kulinarne trendy
i kuchnia polska
pod jednym dachem

Warszawski Sznyt to jedno z miejsc-pewniaków, do którego można wysłać znajomych turystów po spacerze po Starym Mieście, a także zabrać każdą osobę wymagającą akurat rozpuszczenia czymś pysznym.

Kilka lat temu w tłumie sunącego przez stolicę autobusu, mój uszny radar wyłapał gdzieś z głębi pojazdu turystów wypowiadających słowa klucze złożone w pytanie wielkiej wagi: gdzie wspaniale zjeść, wypić i gościć się Warszawie? Nim odpowiedź zdążyła wymknąć mi się z ust i przemknąć ku nim przez ciasno zbitą masę współpasażerów, ktoś inny pośpieszył im na pomoc, a raczej – udrękę, odpowiadając: gdzieś na Starym Mieście.

Wówczas największymi atrakcjami Placu Zamkowego i okolic były, kolejno odlicz: bladolice gofry z frużelinami tak jaskrawymi, że mogłyby powalić całą armię epileptyków, przytulne jak lochy zamku w Malborku, poupychane po suterenach restauracje z pokopiowanym od siebie nawzajem menu i bezczelnie doliczonym serwisem, pierogi z manufaktury pierogowej i szlachcic w kontuszu wymachujący kartą dań niby szabelką.

Rób zdjęcia, bo stygnie!

Obecnie na szczęście na straży samopoczucia i dobrej opinii o kulturze kulinarnej miasta zbłąkanych na starówce turystów, stoi kilka solidnych jak Barbakan stacji. W tym jeden bardzo stylowo warszawski – Warszawski Sznyt. Bo cóż innego, niż bycie godnym ambasadorem swojego miasta, odzwierciedleniem jego rytmu i potrzeb, symbolizuje ta nazwa.

Warszawa, stolica, wiecznie nienażarta dobrem trendsetterka, kocha w gastronomii to, co najlepsze. A więc wyszukane, przygotowane z troską i zdobyte z dbałością produkty, spójnie zaprojektowane i stworzone pomysły na miejsce, nowocześnie skomponowane dania, estetyczne wnętrza oraz dopełniający całości, trudny do zdefiniowania urok, który spaja wszystkie składowe i otula je łuną atrakcyjności, która sprawia, że do danego miejsca się wraca wciąż i zabiera bliskie osoby. Cóż jest lepszym kryterium niż to, że na kolację w konkretnej restauracji zabrałoby się miłość, mamę, tatę, siostrę, przyjaciół z Polski i kontynentów innych wszelkich, żeby rozsmakowali się w tym, co polska gastronomia ma do zaoferowania. I nie mowa tu konkretnie o tak zwanej roboczo „kuchni polskiej” jako grupie potraw i przyjętym twardym protokole ich stworzenia, a raczej „kuchni w Polsce” będącą wypadkową pewnych kulinarnych tradycji na terenach zwanych dzisiaj „Polską” oraz współczesnych upodobań żywieniowych warszawiaków.

W związku z powyższym, restaurację podzielono na dwa poziomy, każdy poświęcony nieco innym zjawiskom w kuchni. Na parterze króluje zastępca szefa kuchni Michał Węcławek i opalany dębowym drewnem grill, dzięki którym wspaniałe produkty: ryby i owoce morza oraz sezonowana w specjalnych szafach, wyeksponowanych zresztą dumnie we wnętrzu lokalu, wołowina, głównie pochodzenia polskiego. Przyrządzona w punkt i „nasączona” dębowymi aromatami powinna połechtać podniebienia wybrednych mięsożerców. Podobnie jak okazałe kanapki z kultowym, wypełnionych po brzegi plastrami pastrami Reubenem. Nęcąco prezentuje się również część poświęcona rybom – do wyboru mamy pieczoną w całości doradę, a także filet z przepysznego kulbina, łososia i absolutny hit, czyli stek z kalmara. Stawiający zębom lekki opór, lecz po ugryzieniu niemal rozpływające się w ustach i pełne smaku kalmarowe mięso świetnie paruje się z domowym sosem bagna cauda przyrządzonym z anchois, czosnku, tymianku i masła.

Na parterze gastro imprezę zacząć można już od rana, kiedy to w jasnej, obszernej sali zapewniającej widok na Plac Zamkowy podaje się śniadania: jajecznicę, omlety, zestawy z różnościami i pieczywem oraz fit, bakaliową owsiankę.

Stek z kalmara

Poszukiwacze żurku idealnego – uderzajcie na Senatorską!

Pierwsze piętro, kraina dowodzona całkowicie przez szefa kuchni całej restauracji Rafała Zarębę, odsłania natomiast przed gościem menu sięgające po produkty i ich połączenia kojarzące się z tym, co typowo polskie. Mimo tych łatwych do odgadnięcia konotacji regionalnych, kompozycjom daleko jest jednak banału, rysowane są na talerzach z ogromnym smakiem, nowoczesną „kreską”. Jako przyprawy i dopełnienie dań stosowane są prawdziwe skarby wielu polskich, regionalnych spiżarni, jak olej dębowy, rokitnik, miód bartny, wiśniówka, w nieoczywisty sposób wykorzystane kasze czy zagrodowe sery. Spośród wielu potraw, które miałam okazję tu spróbować, na wyróżnienie zasługują absolutnie wszystkie, jednak nigdy nie zapomnę absolutnie poruszających ślinianki tatarów, np. tego z dębowym majonezem, niemożliwie kruchej jagnięciny z Mazowsza czy polędwicy z dorsza na szafranowo-rokitnikowym sosie, z emulsją z pieczonego w ognisku ziemniaka pod pianą morską albo ukryty w kształcie wiśni chałwowy sernik. Całości tego pieszczącego zmysły smaku doświadczenia dopełnia uważnie skomponowana karta win oraz wspomniany wcześniej widok na Plac Zamkowy – tutaj jednak Zygmunt z kolumny z aprobatą może zajrzeć nam w talerze, jako fan łowów, wypatrując zapewne dziczyzny. Zainteresowani pracą gastronomii od zaplecza, mogą natomiast popodglądać pracę widocznej z sali, pięknej restauracyjnej kuchni.

A to polska jagnięcina!

Warszawski Sznyt to jedno z miejsc-pewniaków, do którego można wysłać znajomych turystów po spacerze po Starym Mieście, a także zabrać każdą osobę wymagającą akurat rozpuszczenia czymś pysznym. Co wspaniałe, na jaką atmosferę i dania – bardziej elegancko i po polsku czy nieformalnie, grillowo i międzynarodowo, można zdecydować się już na miejscu.   

Pro Tip 1: codziennie w ofercie świetne lunche! Zaglądajcie na Facebooka po aktualny rozkład jazdy obiadowych dań.

Pro Tip 2: pytajcie o specjalne, sezonowe wkładki do menu.

Pro Tip 3: dania kuchni polskiej można zamówić również do sali na parterze.

Warszawski Sznyt, ul. Senatorska 2
Profil na Facebooku: KLIK

Zdjęcia wykonał dla nas Magiczny Składnik – Tomek Czajkowski <3 Dziękujemy!