Odwiedziliśmy najlepszą
restaurację w Azji!
Relacja z Gaggan

Z pewnością każdy foodie wie, jak wyjątkowym miejscem jest restauracja Gaggan. Jeżeli jednak nigdy nie słyszeliście o tym miejscu, spieszymy Wam z pomocą. Gaggan to fine dining jedyny w swoim rodzaju. W samym centrum Bangkoku serwuje bowiem progresywną kuchnię indyjską. Nie jest to ani trochę niedorzeczne, ponieważ szefem kuchni jest tutaj Gaggan Anand pochodzący właśnie z Indii. Restauracja ponadto uznana jest za najlepszą restaurację w całej Azji (cztery razy z rzędu), a także w obecnym rankingu San Pellegrino plasuje się na miejscu piątym na całym świecie, nie wspominając o dwóch gwiazdkach Michelin. Wizyta w tej restauracji była więc naszym must podczas wizyty w Bangkoku. No to zaczynamy!

Od wejścia wita nas przemiła Pani, która prowadzi nas do naszego stolika. Nie jest to typowy stolik dla dwóch osób, a wielki międzynarodowy 14-osobowy stół w kształcie litery „U”, na środku natomiast znajduje się drugi stół do serwisu, wokół którego już krzątają się kucharze. Obok naszej sali, znajduje się druga sala z białymi obrusami i stolikami na grupy większe niż dwuosobowe.

Na początku wita nas sommelier – gaduła, oryginalny i bardzo sympatyczny, który proponuje wine pairing (9 specjalnie dobranych win do całego menu degustacyjnego) albo kartę win, z którego można wybrać kieliszek konkretnego wina bądź całą butelkę. Decydujemy się na kieliszek białego austriackiego wina i dwie wody.

Rozglądamy się po sali i zastanawiamy się, czy chociaż przez moment zobaczymy szefa kuchni Gaggana. Jest! Dogląda serwisu i spogląda na swoich gości. Na naszych stołach pojawia się menu. Nie jest to zwykłe menu, bo składające się z 25 emoji. Dlaczego tak? Bo każdy przy naszym międzynarodowym stole rozumie ten współczesny język. Zanim na naszym stole pojawia się pierwsze danie, oficjalnie wita nas sam szef kuchni, które informuje nas, że to z nim spędzimy kolejne 4 godziny, w których będzie nam opowiadał o sobie, o swojej restauracji i przede wszystkim o serwowanych nam daniach. „Food there is better, but the talk here is better” – powiedział, wskazując na drugą salę. Do Gaggana więc polecamy wybierać się tylko w dwójkę. Za te same pieniądze doświadczenie nieporównywalne. Dodatkowo dodaje, że podczas tej kolacji mamy zapomnieć o tym, jak postrzegana jest jego restauracja na świecie, że progresywna, że najlepsza, że indyjska. To, co dostaniemy to tak naprawdę jego osobiste emocje na wszystkich 25. talerzach. A my mamy wyjść stąd zadowoleni z dobrego jedzenia i pozostać po prostu z pięknym wspomnieniem.

Przygodę czas zacząć!

Menu w języku emoji.

Zaczynamy! Czeka nas 25 dań, tylko do trzech potrzebujemy sztućców, resztę dań jemy rękoma, a większość z nich to tzw. „one bite dish”. Pierwsze trzy dania to wstęp do całej kolacji. Najpierw wyjątkowy sorbet z pomarańczy i yuzu, następnie jogurtowa eksplozja, która stała się przełomowa dla restauracji oraz prowokacyjny talerz trzech ciężkich indyjskich sosów z wypisanym jasnym przesłaniem „lick it up”. Zlizujemy danie, a w tle leci piosenka Kiss „Lick it up”. Atmosfera staje się jeszcze luźniejsza.

Jogurtowe eksplozje.

Lick it up!

Następnie pięć wyjątkowych setów klasycznej kuchni indyjskiej, podanych w formie fine dining. To naprawdę jest progresywne spojrzenie na kuchnię indyjską! Na naszych talerzach pojawiają się takie dania jak np. idly sambar, ghewar albo pyaz kachori. Wszystkie te dania podawane są na wyjątkowych talerzach, przedstawiających regiony Indii, z których pochodzą. Ostatecznie łączymy odpowiednio kawałki i powstaje imponująca mapa Indii. Szef Gaggan podkreśla tym samym ważne składniki kuchni indyjskiej takie jak ryż („chleb” Indii), mleko (w Indiach jest największa tolerancja na laktozę) oraz herbatę.

Śniadaniowe idly sambar

Kanapka Bombay Bhel

Jajeczna tarta ghewar

Jajeczne gniazo chili

Dalej to już czyste szaleństwo. Pojawia się między innymi biały szparag, który jest kalafiorem, serowe „bao” nadziewane przepysznym borowikowym sosem, bakłażan przypominający w smaku baba ghanoush, następnie Święta Bożego Narodzenia w jednym gryzie oraz lody aromatyzowane słomą. Czternaste danie jest wyjątkowe. To trybut dla Otoro Sushi. Dlaczego? Szef Gaggan opowiada nam swój pierwszy raz z sushi, który miał miejsce dokładnie dwanaście lat temu.

Jeżowiec morski – słomiane lody

Kalafior, który udaje biały szparag

Następnie dostajemy rozgrzewający krem z zimowej marchewki, który smakuje trochę jak krem z buraków. Na tę chwilę szef Gaggan opuszcza nas, aby chociaż przywitać się z gośćmi na drugiej sali. W tym czasie dostajemy soczystą krewetkę z pysznym sosem, curry na zimno z przegrzebkami, indyjski pieróg (tibetian momo pork vindaloo) oraz soczystą jagnięcinę z cytrynowym chili.

Ser borowikowy pav

Przegrzebki z zimnym curry

Mały cytrus

Krewetka – Balchao

Wraca szef i znów zaczyna się show. Najpierw ryba (okoń morski) – według przepisu jego mamy, następnie szpinak z jajkiem podawany z ryżem „just like my grandma used to make”, którego pojawieniu się na stołach towarzyszy Marsz Imperialny z Gwiezdnych Wojen i wyjątkowe naczynie odzwierciedlające Gwiazdę Śmierci i tak też Gaggan nazywa to danie.

Kotlet jagnięcy – cytryna i chili

Jajko ze szpinakiem babci – Gwiazda Śmierci

Zostały cztery dania, a właściwie cztery desery. Wszyscy świetnie się bawimy, żartujemy, DJ Gaggan puszcza naprawdę dobrą muzykę, w końcu w głośnikach piosenka 4 Non Blondes „What’s up”, którą wszyscy zaczynamy śpiewać. Desery pojawiają się już bez komentarzy szefa, wystarczy tylko muzyka! A na naszych stołach deser wyglądający jak małe różyczki, przepyszny deser z jogurtem truskawkowym, ying yang na słono oraz ostatnie danie wieczoru – ciemna strona księżyca, które wygląda jak okładka płyty Pink Floyd „The Dark Side of the Moon”.

Sól Ying Yang – pieprz popcorn

Ta róża nie ma kolców

Bakłażan – deser z granatem

Achu murukku – jogurt truskawkowy

Siedzimy w błogim jedzeniowym uniesieniu, żałując, że to już koniec. Szef Gaggan żegna się z każdym z nas, robi selfies. Wychodząc, puszcza ostatnią piosenkę –  Jingle Bells. Przewrotny, zabawny i nieprzewidywalny geniusz.

Pewnie interesuje Was koszt takiej kolacji. Jest to 6.500++ THB (batów tajskich) na osobę. Plusy oznaczają, że należy dodać 7% podatku oraz 10% za serwis. Łącznie należy liczyć około 1.000 złotych na osobę (wliczając wodę do picia). Czy jest to dużo za takie doświadczenie? Odpowiedź na to pytanie zostawiamy Wam. Z pewnością to wspomnienie zostanie z nami na długo!